Manfred Wolff

ROZMOWY Z NIKIM

***

poszukaj anioła
nie znajdziesz go
tam gdzie stoją zabawki
tam gdzie cień uczucia
odlany w styroporze
również ten ze słomy i złotka
nie posiada alibi
na które się zaklina
wieczorem kiedy
jesteś z nim sam na sam
siłuje się z tobą
na arenie marzeń
i lepi z twojego serca
ogromną postać
którą widział nikt


***

ze złamanymi skrzydełkami
leży śnieg
na dachu
zadomowił się
w przytulnej bieli
ślad wrony
wewnątrz i na dworze
załamane światło świecy
w szybie okna
twarz
ogarniająca niebo


***

ci co zatruwają liszki
żeby nie jadły pączków
z których mają rozkwitnąć kwiaty
zdobiące twój stół
zabijają motyle
twoich marzeń dzień
zakwita dla nikogo
który stworzył sprawiedliwość
chwastów


*** 

skąd odwaga
żeby jeszcze raz wyruszyć
wiedząc
że nikt widział
dokąd

skąd strach
żeby nigdy więcej nie powrócić
przeczuwając
że nikt widział
skąd


*** 

błądzić na bezbrzeżach
błoto tryska przez palce
po mnie potop
moja droga
do staro nowych brzegów
gdzie nikt dzieli wody
jest bez dna
i moje nogi
wstępują na gorący piach


*** 

znajduję skorupę
drobinę przez kogoś
stworzoną
przydrożny piasek
w którym spoczywa
stworzony przez nikogo


*** 

nikt
zapisał mnie
na nicości

teraz
jestem tu
dla was
ciebie i nikogo


*** 

wyruszyliśmy
w nocy
opuściliśmy
murowane domy
domy pracy przymusowej
domy publiczne
domy życia
domy odosobnienia
domy umarłych
morze się za nami zamknęło
poranek jest chłodny
na pustyni
ty
wołamy
nikt nam odpowiada
w myślach
ciągle jeszcze jesteśmy
zadomowieni


*** 

wspiąłem się na górę
żeby rozmawiać
z nikim
słyszeć
słowa
prawa
rozbiłem tablice
z pustymi rękami
wkraczam pod twój wzrok
rozpoczynam od nowa wędrówkę
w sobie
żeby odnaleźć wierzchołek
gdzie płonie krzak ciernisty


*** 

diamentom podobne
skrzy się błoto
w świetle księżyca
u naszych stóp
spoczywa pozostawiony
na brzegu dobytek
który ciążył na ramionach
i gorzał w sercach
łańcuchy pierścienie kamienie
wyróżnienia dla pachołków


*** 

ognie migoczą w kole
flety wiwatują
śpiew rozjaśnia noc
której ciężar otula pagórki
stopy tancerzy ugniatają piasek
ramiona obejmują gwiazdy
urwane oddechy
ekstatyczne gesty
bębnienie
oczy jak komety
połykają wszystko
zamknięte na słowa
przez chwilę
widzą nikogo


*** 

zapomniałem
jak smakuje wieczorne wino
jak pachną słodycze
jak ciepło ognia schlebia moim dłoniom
jak świeca opromienia stół
opuściłem dom
moje usta tęsknią za źródłem
mój język płonie od gorzkich ziół przy drodze
moje ręce siłują się z zimną nocą
otchłań moich oczu spija światło gwiazd
wyruszam w drogę
czeka na mnie nikt


*** 

pokój
chcesz czynić
i wezwać braci
których zna nikt
i mówisz na ty
nie temu właśnie bratu
który jest jak ty
i pragnie
pokoju


*** 

stare drzewo zanurza
ostrożnie
świeżo zazielenione gałązki
w lustrze
które zdaje się podwajać
jego wielkość
woda
promień słońca
w grze świateł na szarej korze
wiatr rozpoznaje
swoją grę


*** 

znasz ich
tych obcych
którzy pytają cię o drogę
zanim drzwi wejściowe zamkną się na skobel
którzy proszą cię o chleb
kiedy stół uprzątnięty
którzy pukają do ciebie
kiedy nocne ptaki zamiatają ulice skrzydłami
bądź dobry dla swoich snów


*** 

wokół same pustynie
moje serce
szuka ogrodu
za skałami
na których ptaki budują swoje gniazda
krzak ciernisty
chwyta mnie
rani moje serce
jedna kropla krwi
która spada między osty
sprawia że świat mój zakwita
czerwonym makiem i żółtymi kaczeńcami


*** 

zmuszasz mnie
do wykopania grobu
i pochowania
naszego snu
w piachu czasu
ale cieknie
z horyzontu
z gwiazd
lekki piasek
udaremnia dzieło
naszych łez
gorejąca rzeka
tylko ona
może go powstrzymać


***

odczytać niebo
od końca do końca
i wiecznie to
jedno słowo
menetekel
wiatr
pod nim wieje
i tuli różę
słuchaj
nikt wyjaśnia
słowo


*** 

tylko jedna linia
nie ma spoczynku
dla oka
wokoło
nikt nas widzi
i wskazuje nam drogę


*** 

podążasz
za dwoma gwiazdami
na ich drodze przez wszechświat
kiedy twojego dnia noc się skłoni
one odejdą
i będą majaczyć
w jasnym świetle obcych słońc
za daleko
aby złagodzić twój chłód
jest nikt
kto cię kocha


*** 

jeżeli myślisz
że pokonałeś górę
i możesz otrzeć pot
równiny przed tobą
będą znojne
jeżeli słońce
zaciemni twoje oczy
zobaczysz tylko
swoje sny
ci którzy będą cię całować
poczują sól na twoich
policzkach


*** 

żeby ciebie nie przestraszyć
kiedy obudzę się z moich snów
poddałem się
operacji
na mojej twarzy
nie poznasz mnie
kanaliki moich łez
zostały przełożone do środka


*** 

czasem
kiedy jestem bardzo spokojny
na myśl
przychodzą mi
słowa w obcych językach
głoski sylaby wyrazy
których nie rozumiem
nikt mówi
może tak
do tego
który na mnie czeka
ty


***

na katedrze w Kolonii
święci płaczą
kwaśnym deszczem
potoki łez
wyżerają głębokie bruzdy
w błogich twarzach
uśmiech odpada
uwaga kamienie
przechodnie mogą być
narażeni na niebezpieczeństwo


*** 

opuściłaś kamienistą drogę
i wkroczyłaś przede mną
do ogrodu
który pielęgnuje dla nas nikt
na domniemanych dróżkach
roślinność wśród roślinności
z woni tymianku i gry świerszczy
ulotniły się strachliwe słowa
podążyłem za tobą wśród traw
i spijałem cień jabłoni
z twoich oczu
byliśmy obudzeni na nasz sen
który zna nikt
śmieliśmy się
z tabliczki „Wstęp wzbroniony!”
i zstąpiliśmy
z innego świata
do ludzi


*** 

pierwszy śnieg
jednego jedynego płatka
zataczający się lot
wpada do sieci
pająka
którą ją tkał płonącymi gruczołami
aby uwięzić czas


*** 

kiedy wygasły ogniska
i gwiazdy zaczęły domagać się swoich praw
spotkały się nasze drogi
zachowaliśmy kamień
strzegący naszej tajemnicy
porósł go piołun


*** 

złoty kwiat
wznosi się tysiąckrotnym promieniem
zawstydza słoneczną tarczę
zakochany w wietrze
który przemyka i o świecie baje
przywiązany do tyczki
która krępuje igraszki pędów
samotny
ukrywa nowe pączki
pod paluszkami listków
które po cichu machają chwastom u płotu


***

ze złamanymi skrzydełkami
sny spadają
z nieba
i siadają na mojej dłoni

białe piórka
zimnym deszczem sklejone
rozkwitają jak kryształowa łza

obejmują jeszcze raz
cały świat
zanim powoli
wyparują

większość spadła na trawnik
i okryła martwego ptaka
który śpiewał dla nikogo


*** 

mówisz
że chcesz
znowu umieć spać
czy umiesz
jeszcze śnić


*** 

między słowami
muzyka
między dźwiękami
obrazy
między znakami
twarze
między ludźmi
zdania
między słowami


*** 

spojrzeliśmy na siebie
oszołomieni
obrazem naszej miłości
do siebie
chodźmy
skierować wzrok tam
gdzie zobaczymy nikogo


***

moja dłoń
sięga po kamień
jeden z plemienia
które zdobi moje imię
wzniósł go
na cześć nikogo
teraz spoczywa na mnie ciężar
dodania jeszcze jednego kamienia
aby zostało błogosławione imię
nikogo


*** 

nikt
mi to podaruje
kiedy zapadnie słońce
czerń wsączy
w krwawą dal
ostatnią godzinę
dnia
pokój nastanie
gdy zalśnią trzy gwiazdy
i wszystko zostanie
jak jest


*** 

pierwsze kroki
jak zwykle
pod drzwiami
drzewa
przeze mnie
poganiane
uciekają
przed cienkim
optymizmem małych sikorek
w piachu strzępy
hałaśliwych żałobników i płaczek
udają życie
jakiego nigdy nie było


*** 

nikt  jest moim ojcem
nikt  jest moim synem
nikt  jest moim nauczycielem
nikt  jest moim lekarzem
nikt  jest więcej niż nikim


***

co to jest
co mi podajesz
aby nasycić głód lewkonii
co to jest
co mi nalewasz
aby ugasić pragnienie róż
idę
przez kamienne ogrody
a głowy lwów
plujące czarną wodą na moje nogi
okrążam szerokim łukiem
aby nareszcie spotkać nikogo
a ty już
tu jesteś


*** 

gdzie będziemy
kiedy lato
minie
lato
może już jutro
zbierze ołowiane owoce
nikt
zasieje na nowo
bo życie trwa


*** 

lać oliwę na wzburzone fale
pragnie kupiec
aby statek dowiózł jego dobytek
do bezpiecznego portu

dolewać oliwy do ognia
pragnie kochanek
aby światło jego radości
opromieniało ponurą ziemię


Wiersze © Manfred Wolff

Przekład © Urszula Usakowska-Wolff

do strony lirycznej

do strony glównej